Night mode
Maciej Wilczyński
Home

Maciej Wilczyński

Wielotematyczny blog nudnego programisty.

Obserwuj mnie też na Twitterze: @maciej

Więcej o mnie

"Nienawistna Ósemka" — spełnienie marzeń Quentina Tarantino — recenzja

Maciej napisał to 16.01.2016 r.

167 minut. Tyle trwa najnowsze dzieło kultowego już, amerykańskiego reżysera, Quentina Tarantino. 6 rozdziałów, jeden przewodni wątek, litry rozlanej krwi.

O „Nienawistnej Ósemce“ można powiedzieć wiele rzeczy, ale z pewnością nie to, że jest filmem nudnym. Tarantino świetnie wykorzystuje każdą minutę produkcji, powoli budując napięcie i przybliżając nam historię bohaterów. Obserwując salę kinową podczas projekcji filmu nieczęsto dostrzeżemy znużone osoby spoglądające na zegarek, oczekując końca seansu. Reżyser nie daje na to po prostu czasu. Każda scena wnosi do fabuły coś nowego, lecz nawet pomimo tego oraz pomimo faktu, że scenariusz produkcji jest bardziej załadowany dialogami niż nawet „Pulp Fiction“, historia nie jest przeładowana zbędnymi informacjami lub — co w przypadku Tarantino zdarzało się dość często — przesadzonymi rozlewami krwi.

Wczesny szkic scenariusza „The Hateful Eight“ wyciekł do Sieci w styczniu 2014, wskutek czego reżyser i autor tekstu zdecydował się nie wcielać go w życie. Kilka miesięcy później ogłosił on jednak, że wprowadził do fabuły znaczne zmiany i produkcja jednak powstanie. Ciężko powiedzieć, czy było to sprytne zagranie marketingowe, czy autentyczny wypadek, ale śmiało można stwierdzić, że w żaden sposób wyciek nie zaszkodził filmowi. Po trzech tygodniach od światowej premiery, film zarobił ponad 61 milionów dolarów, wspinając się na drugie miejsce na liście najczęściej oglądanych filmów, ustępując najwyższego miejsca na podium tylko ostatniemu filmowi J.J. Abramsa.

Podczas oglądania początkowych napisów, naszym oczom ukazuje się przykryty śniegiem krzyż z ukrzyżowanym Jezusem, wbity krzywo pośrodku pustkowia. Symbol? Z całą pewnością. Następnie kamera oddala się, pokazując piękny, górski krajobraz amerykańskiego Wyoming. Tarantino od początku zaznaczał, że „The Hateful Eight“ będzie w całości nagrane analogowo, na bardzo rzadko wykorzystywanej już, szerokiej taśmie 70 mm. I choć w Polsce możemy obejrzeć produkcję odtwarzaną tylko z nośnika cyfrowego, piękne, szerokie ujęcia cały czas będą robić na nas wrażenie. Nawet pomimo faktu, że większa część akcji dzieje się wewnątrz małego, drewnianego budynku.

Jedną z pierwszych postaci, z jakimi zapoznaje nas reżyser, jest John Ruth, „The Hangman“ — łowca głów, zmierzający do miasteczka Red Rock, do którego zabiera poszukiwaną Daisy Domergue na stryczek. I choć na początku nie wydaje się to zbyt oczywiste, cały film obraca się właśnie wokół Domergue oraz jej historii.

W obsadzie filmu znaleźli się aktorzy, którzy z Tarantino współpracowali już niejednokrotnie — m.in. znani z „Pulp Fiction“ Samuel L. Jackson oraz Tim Roth, Michael Madsen z „Kill Billa“ i Walton Goggins z „Django“. Reżyser lubi wykorzystywać sprawdzonych już aktorów. Dzięki temu tworząc fabułę może dopasować historię odgrywanych przez nich postaci tak, by była spójna z ich charakterem i stylem. Nie można zaprzeczyć temu, że w „The Hateful Eight“ udało mu się to rewelacyjnie.

W przeciwieństwie do poprzednich filmów Tarantino, w „Nienawistnej Ósemce“ nie możemy jednak jasno wyłonić głównego bohatera. Każda wprowadzona do fabuły postać odgrywa równie ważną rolę, wprowadzając do historii swoje własne opowieści i poboczne wątki. Dopiero pod sam koniec scenariusza wszystkie te wątki zbiegają się w jedną całość, co skutkuje tradycyjnym dla Tarantino rozlewem krwi. Jednak nauczony poprzednimi doświadczeniami reżyser nie popełnił tym razem tego samego błędu, który popełnił w „Django“. W „The Hateful Eight“ przepływa dużo krwi, wiele kul trafia tam, gdzie powinno, ale tym razem nie jest to prawie komiczna parodia „Mission Impossible“, gdzie jeden człowiek bez broni wygrywa z armią przeciwników, całkowicie rujnując przy tym świetną, spójną, przemyślaną wcześniej fabułę.

Każdy, kto obejrzał jakikolwiek poprzedni film Quentina, wie, że reżyser ten ma nieco specyficzne poczucie humoru. Dość ironicznego i czarnego jak Samuel L. Jackson humoru. Świetną wiadomością dla wszystkich, którzy ten humor podzielają jest to, że w „Nienawistnej Ósemce“ jest go więcej niż nawet w „Bękartach Wojny“. Na szczególne wyróżnienie zasługują opowieści narratora, które trzeba było w większości czytać z wyświetlających się napisów, jako że śmiech zebranych na sali widzów całkowicie je zagłuszał.

Nie można opisywać filmu Tarantino bez odniesienia się do wykorzystanej muzyki. I choć Ennio Morricone, kompozytor muzyki m.in. do „Kill Billa“, „Bękartów Wojny“ i „Django“, po premierze tego ostatniego zapowiedział, że już nigdy nie napisze muzyki do filmu Quentina, to jednak wygląda na to, że Tarantino wykorzystał swój dar przekonywania i namówił go do ponownej współpracy. Efektem tego są — jak zawsze — świetne, klimatyczna melodie, doskonale wpasowujące się i wzmacniające nastrój oraz tempo fabuły.

Tarantino zawsze marzył o nagraniu prawdziwego westernu. Niejednokrotnie już nawiązywał do niego w swoich poprzednich produkcjach, jednak w żadnej z nich nie osiągnął efektu, który pozwoliłby na nazywanie ich klasycznymi filmami Dzikiego Zachodu. Czy „Nienawistna Ósemka“ jest w końcu spełnieniem marzeń reżysera? Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Produkcji tej nie da się praktycznie zamknąć w obrębie jednego gatunku. Jest to jednak produkcja genialna, nieprzesadzona, przepełniona rewelacyjnym humorem i świetną grą aktorską, która spodoba się każdemu fanowi twórczości Quentina. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że „Nienawistna Ósemka“ jest najlepszym filmem Tarantino od czasów „Kill Billa“.

***

Masz coś do dodania? Napisz o tym na Twitterze lub wyślij mi emaila.